Siedzieć i się nie ruszać. Mrugać oczami. Tylko.
W trakcie dnia planowałem napisać coś ambitnego, takiego na czasie i na temat, co swoją drogą byłoby sporym ewenementem w mojej karierze. Mogę jeszcze dodać, że planowałem już od poniedziałku, tak by zobrazować, jak to wygląda z moimi planami. Najlepiej wychodzi życie, kiedy się go nie planuje. Kiedy wyjeżdżałem z Białegostoku stawałem się innym człowiekiem. Kimś, z kogo byłem zadowolony. Byłem szczęśliwy patrząc na swoje zachowanie, na swoje słowa i myśli. Na swoją postawę. Coś, dzięki czemu nie starając się wcale stawałem się kimś, kim nie mogłem zostać u siebie w domu, siląc się i męcząc nad samym sobą. Zmienia się wszystko, od stosunku do miejsca, w którym się żyje, do obrazu własnego ‘ja’ rysowanego przed sobą. Nowa energia, zapał, siła.
Potrzeba tylko czasu, żeby wszystko wróciło na swoje miejsce, a szok nowego życia przeminie. Hello, old guy.
o
Wypływa to pewnie ze zmęczenia. Kładzenie się spać grubo po północy, zatracanie się galimatiasie czasu. Prawdziwy chaos. Teraz ciężko się złapać na właściwą godzinę. Ciemno robi się przed piątą i wszystkie kolejne godziny zlewają sie w jedną papkę i zanim zdążę uzmysłowić sobie, że trzeba zażyć drogocennego snu, jest już druga. Zanim leniwe myśli przedrgają nerwami do odpowiednich mięśni na zegarku pojawi już się trzecia. Poduszka, pięć minut i sen, nieprzytomny i mało dający. A rano wstaję i nie wiem, co się dzieje.
Wczoraj położyłem się koło 23:30. Pewien sukces, ale i tak na nic, zważywszy na to, że dzisiejszego dnia zaczynałem zajęcia o ósmej, tak więc o siódmej wypadałoby wstać i ożyć.
Budzik. Twarz do ściany, obracam się i mniej więcej tak w połowie obrotu uzmysławiam sobie, że nie jestem w tym łóżku, w którym zwykłem bywać. Jasno-beżowa ściana, szafka, sufit, różne meble pokoju w akademiku. Amh, jestem w Lublinie. Telefon gdzieś pod poduszką. Szukam by wyłączyć irytujący budzik. Znajduję, wyłączam, leżę dalej. Pięć minut mnie nie zbawi. Wstać, czy nie wstać, oto jest pytanie.
Wstaję, a dziwne myśli wkradają mi się w głowę. Koledzy śpią jak aniołki, ja jeszcze śpiący toczę się do stolika. Zastanawiam się nad mordercami, którzy później w sądzie zwalają wszystko na głosy. Ciekawi mnie, czy oni rzeczywiście je słyszą, czy tylko uznają, że powinni je usłyszeć, tak po prostu, by ubarwić sobie życie. Ot tak po prostu wstają pewnego ranka i myślą – ubić kogoś. Nożem po szyi, albo jakoś innaczej. Tak po prostu, bez przyczyny. Ale musi być jakiś powód, niech więc będą głosy.
Sięgam jednak po herbatę, a nie po coś innego. Wrzucam torebkę do kubka, zaparzam. W międzyczasie rozsmarowuję przymarznięty pasztet na kromkach chleba. Podumać trochę nad rankiem, a potem gnać na uczelnię.
Niezależnie od tego, który jest to rok, czy chodzę do gimnazjum, liceum czy na studia, środa zawsze jest najbardziej męczącym dniem. Ilością zajęć, rodzajem zajęć. Zaczynać wcześnie i kończyć późno. Od wielu lat ten dzień w kategorii ‘najbardziej męczący’ wygrywa od lat. W gimnazjum zdarzały się takie perełki jak od 8 do prawie 22. Teraz na szczęście takiego zapieprzu nie ma. Ale wstać na 8 muszę, inaczej rytuał nie byłby zachowany (a to byłoby złe). Kończę natomiast w pół do siódmej; dość efektownie, bo wf-em, po którym nie mam siły aby ruszyć ani ręką, ani nogą. Dziś ruszyliśmy nawet na okap, ścianka prawie pozioma – my rzecz jasna wspiamy się od spodu. Robi się coraz ciekawiej. Teraz doszły do tego bolące stopy, uciskane przez półtora godziny przez przymałe buty do wspinaczki (zakupem którym planowałem pochwalić się w poniedziałek). Ale nic to. Jest to satysfakcjonujące, więc cena zmęczenia nie gra roli. Jest dobrze.
Lecz trzeba jeszcze zająć się ruskim na jutro… znacznie mniej kolorowo w tym rejonie.