Ostatnio nie lubię przebudzeń. Wstawania, gdy chce się spać, nigdy nie kochałem, ale od jakiegoś czasu przeniosło się to na kolejny poziom. Budzę się, wyłączam komórkę, przecieram oczy i witam nowy dzień. Znowu. Straszne poczucie beznadziejności. Wczesne myśli, impresje, refleksje, że wszystko to takie miałkie. Co z tego, że to, co z tego, że coś przeciwnego. Człowiek, Bóg, cel, brak celu, życie i różne warianty jego przeżycia. Dostrzegam, że do żadnego z najpopularniejszych nijak nie mogę się wpasować. Krążę swoją zapuszczoną ścieżką.

Wieczory też często nie są najprzyjemniejsze. Pomiędzy pierwszym punktem dnia a punktem ostatnim jest mnóstwo punktów kolokwialnie mówiąc fajnych, ale te dwie skrajności nijak nie potrafią mnie do siebie przekonać. Nie wiem, czy to wina jesieni, czy mojej niepokonanej wewnętrznej jakubowości, ale o tej porze dnia zalewa mnie jakiś mix nostalgii i niepewności. Nie topię się, kiedyś się w tym topiłem, teraz to tak jakoś obok przepływa.

Aż myślałem, żeby napisać dramat absurdu opowiadający o studentach biegnących po wpis do indeksu po szkoleniu BHP. Rzecz nazywałaby się “Muchy wokół gówna”. Jakoś w ten deseń. Może napiszę jeszcze, ale nie wiem, czy jest to możliwe do opisania. Nieczęsto takie cuda się widzi.

Na aulę, wielką bo wielką, ale tylko aulę, wepchano zdaje się cały narybek humanistyczny UMCSu. Od polonistów przez romanistów bo archeologów, o których dowiedziałem się, że umierają albo z powodu reumatyzmu, albo z marskości wątroby. Ciekawe, kierunek, który zostaje wierny studenckim ideałom nawet po zakończeniu studiów. Tłum na auli straszny, gdy wchodzimy… błąd, poprawka: gdy staramy się wejść. Ludzie niczym niezdrowa narośl obrastają drzwi wejściowe. Przebijam się z drugiej strony i znajduję eleganckie miejsce na podłodze, w kącie na samej górze pomieszczenia. Ludzi jak mrówków, jeden na drugim niemalże.

Jakiś gość siedzi na podwyższeniu i gada, absolutnie nikt go nie słucha. Jest szkolenie, trzeba mieć wpis, trzeba siedzieć cztery godziny na wykładach, więc się jest i się siedzi. Nam słuchać nie kazano. Siedzimy sobie z Wieniem i rozmawiamy z dziewczyną z romanistyki, którą przed chwilą poznaliśmy. Po półtorej godziny zaczynamy opowiadać stare i czerstwe dowcipy. Taki wymóg. Wienio bezapelacyjnie prowadzi w tej konkurencji.

Miały być cztery godziny, czyli po akademicku trzy zegarowe, siedzieliśmy dwie i pół. A w międzyczasie trzy przerwy po pięć minut. Po prawdzie można było wskoczyć na samo podpisywanie indeksów i efekt byłby taki sam.

A tak, muchy, gówno. Czas przejść do podpisywania. Chmary rzucały się kilkakrotnie, ale dziadyga zadowolony z zainteresowania, jakie wzbudzał, parę razy przerywał podpisywanie. Raz zagrzmiał upominająco, iż brakuje nam dyscypliny i że nie słuchamy z należytą uwagą informacji o akademickich hydrantach i innych ważkich sprawach. Cóż, tajamy się pokornie jak te żuczki.

Zdybaliśmy wraz z Wieniem i jego kolegą z archeologii miejsca w samiuśkim ostatnim rzędzie na auli. Widok na pomieszczenie świetny, wszystko jak na dłoni. Centralnie na scenie siedzi Jego Majestat Wielce Szanowny Pan Wykładowca. Po jego prawicy i lewicy siedzą panny wpatrzone w niego jak w obrazek. Kojarzycie Ostatną Wieczerzę pana Leonarda? W ten deseń – JMWSPW jako Jezus, dziewczęta siedzą w uniżeniu obok niego i patrzą jak na Boga. W rękach dzierżą indeksy i unoszą je pokornie w dłoniach złożonych jak do modlitwy. Cudaczny widok.

Wtem padły z dawna upragnione słowa i muchy zleciały się. Dwie panienki najbliżej rzuciły się na stół, przy którym siedziach Pan i Władca. Nie DO stołu, ale NA. Zaraz następne. JMWSPW niczym Hugh Hafner po środku między mnóstwem spragnionych kobiecych ciał. Niczym słońce w układzie słonecznym. Niczym gówno wokół którego zlatują się muchy. Stołu już nie widać, tak samo jak wykładowcy. Przykryty kilkoma warstwami ludzi. Cudacznie.

W końcu znudziło nam się czekanie i zeszliśmy na dół. Taki już nas los, mucha nie wyprze się swojego muchostwa. Daliśmy swoje indeksy i karty szkoleń dla chłopaka, który był bliżej i po paru minutach czekania byliśmy wolni z wypełnionymi wszystkimi papierami.

Druga skarpeta brzmi o niebo lepiej od pierwszej. Ale o niej kiedy indziej.

Stara Sepultura, taka z Beneath The Remains, okazuje się być dobrym lekiem na codzienność. Idę, słonecznie, nudno, wiatr powiewa ludźmi na chodniku. Trzeba czegoś posłuchać. Na prog mam ostatnimi czasy uczulenie, na RIO czy inne eksperymentalne rzeczy nie mam jakoś ochoty. Potrzebuję czegoś ostrego, mocnego, co da jakiś trwalszy akcent w trywialnej rzeczywistości. Sięgam po Frantic Bleep. Zaraz później wyłączam, straszny kicz, nie wiem, jak pan Bartłomiej mógł tego słuchać i na dodatek wychwalać. Następnie BTR Sepultury. Tego mi potrzeba. Mocne, z wyrazem, konkretny kawał muzyki.

Zastanawiają mnie pozy manekinów na wystawach. Dwa drapią się po tyłku (każdy z nich po własnym, żeby nie było), jedna plastikowa babeczka ma koszmarnie złamaną rękę, łokieć zwisa jej pod nienaturalnym kątem. Para manekinów: ona próbuje się wydostać z wystawy, rękoma sięga do szkła. On stoi z tyłu zamyślony i wątpi w powodzenie jej starań.

A w Empiku dowiedziałem się, że porządniejszy kalendarz jest więcej warty od każdego z noblistów w dziedzinie literatury. Przygnębiające.

Centrum Języka jest smutnym budynkiem. Jak mógłby nie być smutny, skoro nie ma tam bufetu? Nie ma stołówki, nie ma nawet  głupiego automatu z batonikami. Co z przyjemnego, nowoczesnego budynku, z mnóstwem szkieł i białych ścian, skoro człowiek siedzi głodny i nic na to nie może poradzić.

Na cały budynek jest jeden automat z kawą, która głodu co prawda nie zaspokoi, ale przynajmniej pomoże nie usnąć w ciągu najbliższych piętnastu minut. Wychodzę między wykładami z auli, zchodzę po schodkach, przybliżam się do maszyny i widzę: “Kredyt 5 złoty”, a niżej: “BRAK KUBKÓW”. I ciepło, i zimno. Ostatecznie jest źle, bo napić nie można się niczego. Wracam po schodkach na górę do auli i myślę sobie o biednej osobie, która wrzuciła do automatu pięć złoty i nie dostała kawy. Pieniędzy także nie dało się odzyskać. Wiem, sprawdzałem.

Po następnym wykładzie znowu lecę pod automat. I tu surpriz – przyszedł pan od kubków i kubki wsadza. Wsadził kubki, przytrzymuje drzwiczki i udostępnia kawę za darmo. Pewna kolejka jest, gdy się zmniejsza, podłączam się i ja: dążny kofeiny, która niestety okazuje się nie działać zupełnie. Przereklamowana, mój umysł nie uwierzył. Obok stoi dwóch gości z personelu – szatniarz i recepcjonista.

-Kawa za darmo, bierzesz?

-Nie… piwa bym się napił.

-Albo gdyby wódkę sprzedawali.

-Są dwa wolne miejsca w automacie, powinni zrobić jedno na piwo, drugie na wódkę i byłoby dobrze – dopowiadam, oni przytakują, ja biorę kawę i opuszczam wesołe towarzystwo.

O tak, taka modernizacja automatu na pewno rozweseliłaby ten budynek.

Słucham Sun Ra i odlatuję. Zamykam oczy, opieram się o szafkę i mogę spać. Nic, że kant wgryza się w szyję, nic, że pozycja siedzę na krzesełku, w uszach mam słuchawki, a na oczach oczki. Noc, muzyka & zmęczenie.

Nie wiem, kiedy uda mi się wyspać. W Lublinie myślałem, że jak pojadę do domu, to się wyśpię. Nic z tego, przepisywałem opowiadanie z kartek na komputer. Przepisałem w niedzielę koło pierwszej w nocy i poszedłem spać. Potem myślałem, że wyśpię się po powrocie do lubelskiego. Także pudło. To już drugi tydzień, kiedy o 22 dopiero zaczynam żyć. Wstaję różnie, zależy jak muszę. We wtorek mam akurat na 12;30, więc jest całkiem dobrze, czuję, że rano będę się czuć sobą. Dzisiaj czułem się osobą bardzo senną, niedospaną w znacznym stopniu. Iść na wykłady i spać w miękkich fotelach. Kawa nie działa, szczypać się cały czas nie będę, bo męczące, a utrzymać świadomość samą siłą woli zdaje się być czymś niemożliwym. Zamykam oczy, otwieram oczy  i obiecuję sobie, że dzisiaj położę się wcześniej. Dupa, nie ma tak dobrze, życie zaczyna się po 22.

Ale dzisiaj jestem usprawiedliwiony. Czuję się tak. Jaki się czuję, taki jestem, człowiek jest miarą wszechrzeczy. Zabrałem się w końcu za długo odkładaną poprawę z rosyjskiego. Siedzienie i myślenie nad zdaniami. Pod koniec myliły mi się litery w razgowarywać, więc dokończyłem jeden punkt i odpuściłem sobie, żeby nie porobić oszybek i w poprawie. Brak słownika boli. Mam otwarte na necie trzy różne słowniki czy tlumacze on-line, żeby trafić na to, co potrzebuję.

Z rosyjskim jest w ogóle dziwna sprawa. Ten język mnie odrzuca. Zapewne to wina traumatycznych przeżyć z gimnazjum i liceum, fobia, z której nie zdołałem się jeszcze uwolnić. Gdy mam wziąć się za pracę i zrobić coś na rosyjski zawsze jest zastój. Zawsze coś blokuje, przeszkadza i odrywa. Od rozpoczęcia. Wszystko jest w psychice, tak sądzę. Angielski wydaje się być piękny, łatwy i przyjemny, rosyjski trudny i dziwny. Zazwyczaj gdy już się przemogę i zacznę pisać, rosyjski okazuje się nie być taki zły, pokazuje swoje jasne strony i po pewnym czasie staje się przyjemny. Tylko ta ciągle nie rozwalona ściana starej edukacji odstrasza mnie od robienia czegoś.

Ha.

Po wysłuchaniu The Magic City Sun Ra nie dziwię się już, że znalazłem tego artystę w szufladce oznaczonej jako “awangarda”.

Pociągi są cholernie inspirujące. W ogóle czas, kiedy się siedzi i wiele poza siedzeniem nie można zrobić, jest inspirujący. Bo się myśli.

Mam pliczek pomysłów w głowie, ale kiedy większy wiatr powieje mogą się wszystkie rozsypać. Bywa.

co mnie tak we wtorki koło pierwszej bierze na pisanie?

Piszę we wtorek, zacznijmy więc od wtorku.

Wtorek trwa zaledwie godzinę i pięć minut, a już udało mi natrafić na coś, o czym napiszę. Z takim startem zapowiada się ciekawy dzień. Od razu muszę zaznaczyć, że w moim przypadku “ciekawość dnia” niekoniecznie musi być tym, co reszta świata rozumie pod tym terminem, otóż sam dzień może być dokumentnie zawszony, lecz moje wyobrażenia na jego temat mogą zrobić z niego bardziej efektowną kreację – przynajmniej w moich własnych oczach.

Co do godziny wtorku, to się nie oszukujmy, chciałem coś napisać, żeby zachować choć część twarzy w tym – z założenia – coparodniku. Fakty mają tu rolę co najwyżej drugorzędną.

Jakiż to cud nad Bystrzycą się dzisiaj wydarzył?

Dziś wydarzył się cud na Bystrzycą takowy, iż brać akademicka postanowiła się umyć i prysznice były zajęte.

Laik może nie zrozumieć wagi tego stwierdzenia, ale dla kogoś, kto bytował w “Grzesiu” – nie wiem czy gdzie indziej jest tak samo – zajęte prysznice są ewenementem, fascynującym przypadkiem, który trzeba udokumentować i wysłać do socjologów, uzasadniając tym samym ich istotność. Od początku października nie było żadnych kolejek. Niewidzialna ręka prysznicu perfekcyjnie wydzielała tury tak, że mając dwie kabiny na pół piętra nigdy nie było kolejek. Raz – tu pewnie niewidzialna ręka uległa namowom socjologów – prysznice uznały, żeśmy mało socjalni ludzie i stworzyły zator, dzięki któremu poznało się garstkę ludzi z piętra, spośród których zadziwiająco duża część była z angielsko-francuskiej lingwistyki. Dzisiaj natomiast przychodzę do kafelkowanych pomieszczeń – oba zajęte. Cóż, jeszcze nie przyszła moja chwila. Wracam. Idę. Wracam. Idę. Chodzę w kółko przerywając sobie spacerki oglądaniem “Przyjaciół” i czytaniem angielskiego tłumaczenia hiszpańskiej książki, której tytuł na polski wykłada się: “Cień wiatru”. Na półeczce mam jeszcze świeżo zakupioną (w stolycy) książkę autorstwa tegorocznej noblistki. Czasami ją otwieram i zachwycam się pierwszym akapitem.

Poszedłem i czekałem. Głowa ma oparta o ścianę, palce wystukują na kafelkach jakiśtam rytm. Dziewczyna wychodzi spod prysznica, wchodzę. Parę sekund zwalnia się druga kabina. Nikogo więcej nie ma. Cóż, najwyraźniej trafiłem wcześniej na godziny szczytu.

Ale nie narzekam. W weekend byłem w Warszawie na konferencji i miałem tą przyjemność zbierania nowych doświadczeń. Spałem w śpiworku na karimacie na korytarzu w warszawskiej szkole. Po czymś takim akademik to szczyt luksusu.

W sumie i tak jest.

Siedzieć i się nie ruszać. Mrugać oczami. Tylko.

W trakcie dnia planowałem napisać coś ambitnego, takiego na czasie i na temat, co swoją drogą byłoby sporym ewenementem w mojej karierze. Mogę jeszcze dodać, że planowałem już od poniedziałku, tak by zobrazować, jak to wygląda z moimi planami. Najlepiej wychodzi życie, kiedy się go nie planuje. Kiedy wyjeżdżałem z Białegostoku stawałem się innym człowiekiem. Kimś, z kogo byłem zadowolony. Byłem szczęśliwy patrząc na swoje zachowanie, na swoje słowa i myśli. Na swoją postawę. Coś, dzięki czemu nie starając się wcale stawałem się kimś, kim nie mogłem zostać u siebie w domu, siląc się i męcząc nad samym sobą. Zmienia się wszystko, od stosunku do miejsca, w którym się żyje, do obrazu własnego ‘ja’ rysowanego przed sobą. Nowa energia, zapał, siła.

Potrzeba tylko czasu, żeby wszystko wróciło na swoje miejsce, a szok nowego życia przeminie. Hello, old guy.

o

Wypływa to pewnie ze zmęczenia. Kładzenie się spać grubo po północy, zatracanie się galimatiasie czasu. Prawdziwy chaos. Teraz ciężko się złapać na właściwą godzinę. Ciemno robi się przed piątą i wszystkie kolejne godziny zlewają sie w jedną papkę i zanim zdążę uzmysłowić sobie, że trzeba zażyć drogocennego snu, jest już druga. Zanim leniwe myśli przedrgają nerwami do odpowiednich mięśni na zegarku pojawi już się trzecia. Poduszka, pięć minut i sen, nieprzytomny i mało dający. A rano wstaję i nie wiem, co się dzieje.

Wczoraj położyłem się koło 23:30. Pewien sukces, ale i tak na nic, zważywszy na to, że dzisiejszego dnia zaczynałem zajęcia o ósmej, tak więc o siódmej wypadałoby wstać i ożyć.

Budzik. Twarz do ściany, obracam się i mniej więcej tak w połowie obrotu uzmysławiam sobie, że nie jestem w tym łóżku, w którym zwykłem bywać. Jasno-beżowa ściana, szafka, sufit, różne meble pokoju w akademiku. Amh, jestem w Lublinie. Telefon gdzieś pod poduszką. Szukam by wyłączyć irytujący budzik. Znajduję, wyłączam, leżę dalej. Pięć minut mnie nie zbawi. Wstać, czy nie wstać, oto jest pytanie.

Wstaję, a dziwne myśli wkradają mi się w głowę. Koledzy śpią jak aniołki, ja jeszcze śpiący toczę się do stolika. Zastanawiam się nad mordercami, którzy później w sądzie zwalają wszystko na głosy. Ciekawi mnie, czy oni rzeczywiście je słyszą, czy tylko uznają, że powinni je usłyszeć, tak po prostu, by ubarwić sobie  życie.  Ot tak po prostu wstają pewnego ranka i myślą – ubić kogoś. Nożem po szyi, albo jakoś innaczej. Tak po prostu, bez przyczyny. Ale musi być jakiś powód, niech więc będą głosy.

Sięgam jednak po herbatę, a nie po coś innego. Wrzucam torebkę do kubka, zaparzam. W międzyczasie rozsmarowuję przymarznięty pasztet na kromkach chleba. Podumać trochę nad rankiem, a potem gnać na uczelnię.

Niezależnie od tego, który jest to rok, czy chodzę do gimnazjum, liceum czy na studia, środa zawsze jest najbardziej męczącym dniem. Ilością zajęć, rodzajem zajęć. Zaczynać wcześnie i kończyć późno. Od wielu lat ten dzień w kategorii ‘najbardziej męczący’ wygrywa od lat. W gimnazjum zdarzały się takie perełki jak od 8 do prawie 22. Teraz na szczęście takiego zapieprzu nie ma. Ale wstać na 8 muszę, inaczej rytuał nie byłby zachowany (a to byłoby złe). Kończę natomiast w pół do siódmej; dość efektownie, bo wf-em, po którym nie mam siły aby ruszyć ani ręką, ani nogą. Dziś ruszyliśmy nawet na okap, ścianka prawie pozioma – my rzecz jasna wspiamy się od spodu. Robi się coraz ciekawiej. Teraz doszły do tego bolące stopy, uciskane przez półtora godziny przez przymałe buty do wspinaczki (zakupem którym planowałem pochwalić się w poniedziałek). Ale nic to. Jest to satysfakcjonujące, więc cena zmęczenia nie gra roli. Jest  dobrze.

Lecz trzeba jeszcze zająć się ruskim na jutro… znacznie mniej kolorowo w tym rejonie.

Jak u Stuhra: siedzimy. Gadamy. Nic się nie dzieje.

Jeszcze nie ma 17, a już jest ciemno. Leniwy dzień jak cholera. Łukasz wrócił koło 8, położył się na swoim łóżku i usnął. Ja półprzytomny rejestrowałem zdarzenia. Godzinę później ktoś wali w drzwi. Trzy łupnięcia. Nic, leżę dalej. Kolejne trzy. Podnoszę się, opieram się na łokciu i patrzę, co się dzieje. Chwila ciszy, potem drzwi się otwierają. Macie może odkurzacz pożyczyć? Tak, proszę, leży pomiędzy wanną a plazmą. Nie powiedziałem tak, ale mógłbym. Gdyby przyjąć, że plazma to mój laptop, wanna to umywalka, wtedy odkurzacz byłby starą zmarnowaną zmiotką, a całość by się zgadzała. Ale było wcześnie, ja półśpię, reszta śpi dokumentnie, nie ma jak się bawić w bardziej finezyjne odpowiedzi niż “nie mamy”. Przepraszam. Wychodzi na zewnątrz, zabieram łokieć i dalej śpię tak połowicznie. Spałbym normalnie, ale  po pewnej godzinie pełen sen jest dla mnie Sezamem w którym padło wykrywanie głosu. Szczelnie zamkniętym. Podchodzę więc pod Sezam i opieram się o skały. Może mnie wpuści. Gość Od Odkurzacza chodzi po korytarzu i wali po trzykroć w kolejne drzwi. Ktoś mu w końcu zdaje się dał upragniony sprzęt domowy, bo po kilku seriach – bum bum bum – korytarz względnie zamilkł.

Ktoś kiedyś powiedział, wiem kto i wiem kiedy, ale nie będę wszak nazwiskami rzucał, że nasza grupa wygląda na grzeczniuchów – jakkolwiek to słowo się pisze. Osoba, która to powiedziała dba o właściwe imię studenta i nadrabia w pewnych dziedzinach za innych, którzy są twardo zakorzenieni w swoim grzeczniuchowstwie. Moja piątkowa impreza wyglądała tak, iż udałem się do Milei po zapasy, tj. kupiłem piwo i ciastka, a potem to wszystko skonsumowałem podczas oglądania “Friends”.  Dla porównania, piątkowa impreza kolegi wyglądała tak, że wrócił do pokoju koło 8 rano, ale o tym zdaje się już wspomniałem.

Cisza na korytarzu nie jest możliwa. Nie czysta cisza. Czysta. Dziecko powiedziałoby “jak śnieg, jak woda” czy coś w tym stylu, student powiedziałby “jak wódka”, a starszy człowiek, porównując oba porównania rzekłby zapewne “jak dusza dziecka”.  Taka cisza u nas na korytarzu nie jest. Cisza jest względna. Jak Gość Od Odkurzacza sobie podreptał do swojego pokoju, to pojawił się jeden członek tria wszechczasów – pan szurający i zaczął szorować po korytarzu w tę i z powrotem. Najpierw szoruje szeroko i dostojnie, potem przyspiesza, szuszuszuszuzs, a na końcu, gdy dociera już do swej destynacji, zagęszcza kroki szrszrszrszr i milknie, jednak myliłby się ten, kto pomyślałby, iż szurająca osoba wsadzi się do pokoju i zamknie drzwi, a za drzwiami zamknie swe głośne papucie w szufladzie. O nie!  Koniec podróży jest dopiero początkiem. Szszuuuur szszuuuur szuuuur szuszuszuszuszusz zszrszrszrszr. I znowu. Ktoś przez chwilę puścił System Of A Down, ale to koło 11, kiedy już wstałem. Zastanawiam się, czy nie iść do Decathlonu, żeby wydać stówkę na buty, które będę nosił półtora godziny na tydzień. Piszę do kumpla z którym miałem iść. Pojechał do domciu. Spoko, mi też się nie chce iść, leniwy dzień.

A teraz jest ciemno. Nie wyobrażam sobie traumy Łukasza, który gdy szedł spać, było ciemno, i gdy się obudził, już się ściemniało. Zabrali nam słońce.