Trasa Białystok-Lublin pokonywana pociągiem składa się z dwóch etapów, których punktem wspólnym jest Warszawa, która jednoczy wszystko i wszystkich, choćby i bez ich woli. Podróż wysokiej klasy pojazdem pociągowym, szybszym i wygodniejszym od pociągowego konia, trwa od pięciu do sześciu godzin w zależności od długości trwania przerwy we wspomnianym punkcie wspólnym, jak również od spóźnień, które krystalizują się w nową i niechlubną tradycję PKP i tysiąca i jednej podspółki. Punkt wspólny w tym samym stopniu, w jakim łączy, w takim i rozdziela, jest jak punkt symetrii, do którego wszystko się odnosi i do którego zmierza, ale który zmienia figury, obrazy i znaczenia w ich przeciwności, odbicia, w których rozpoznać można jeszcze kształt dawnego przedmiotu, ale który niepodważalnie jest już innym tworem. Warszawa łączy trasy, ale rozdziela pociągi. Nieważne, jak jechało się do tego punktu, bo od niego rozpoczyna się całkowicie nowa historia, mogąca być połączona z poprzednią wyłącznie jednym ogniwem warszawskim. Do Warszawy jechałem w warunkach niemalże luksusowych – cztery osoby w przedziale, otwarte okna zapewniające przeciąg i wygodne miejsce. Przy centralnej wziąłem swe tobołki podróżne i wypełzłem jak ten żuczek z pociągu. Zbadałem sytuację peronową i zaszedłem tam, gdzie powinienem był zajść. I nadjechał pociąg do Lublina.
Hordy tatarskie obległy drzwi i dybały zaciekle na moment, gdy pojawi się luka i będzie można wtargnąć do środka. Moje wtargnięcie było stosunkowo późne, bo nie chciało mi się przeciskać łokciami i tłuc ludzi stukilowym plecakiem. Po wyczekaniu swojego wylądowałem przy oknie w przedziale rowerowym. Stać niewygodnie i nudno, myślę więc, popodziwiam Polskę. Po paru minutach dałem sobie spokój. W międzyczasie współludzie w rowerowni się porozsiadali i postawili nóżki, mi zaś ostał się ów zakątek przy oknie, ze zdobycia którego tak byłem zadowolony. Gapię się na okno i zmuszam się do podziwiania. Ach, Polska, ach, kraju zielony, twe pola uprawne i fabryki, wsie i miasta, konie pociągowe i pociągi turkoczące po nieukradzionych jeszcze torach! Nuda, nuda! krajobraz nie wypalił, trzeba zmienić źródło zainteresowań, wyciągnę książkę i będę jak poeta z książką w dłoni i rozwianym włosem stał przy otwartym oknie i napawał się lekturą.
Lekturą zajmowałem się tylko odrobinę podczas etapu białostocko-warszawkiego, zaś etap warszawsko-lubelski lektura wypełniła w całości, a była nią Alchemia słowa Jana Parandowskiego. Wyborna, poznanie wielu smaczków związanych z życiem i twórczością wielkich pisarzy, opatrzonych wnikliwymi komentarzami autora. Do tego Parandowski ma bardzo lekki styl, co jest wyjątkowo widoczne w porównaniu z antologią tekstów o sztuce autorstwa Umberto Eco, która leży na półce już co najmniej od roku.
Książka taka jak ta oczyszcza umysł. Albo: dobra książka. Albo jeszcze ogólniej: kultura. Kultura, która spychana jest na dalszy tor i zastępowana jest miernymi podrobami. Zapewne zawsze tak było, w mniejszym czy w większym stopniu. Zamiast czytać „Króla-Ducha” /oglądałem „Dynastię”. Wszystko staje się coraz bardziej dostępne, wszystko staje się łatwiejsze, zarówno to, co wielkie, jak i to, co miałkie; to, co kiedyś było trudne do zdobycia, dziś wymaga jedynie heroicznego wypadu do biblioteki. Z rzeczami niewielkiej wagi jest inaczej, nie zachowują się w ponadczasowym katalogu, ale tworzą kategorię, odświeżaną co kilka lat nowymi bzdurami, zawsze łatwo dostępnymi – a dziś – banalnymi do zdobycia.
Kilka kliknięć, tam i tam, tu i ówdzie, przecież to tylko chwilka, chwila, chwilunia, moment, nic nie znaczący w kontekście całego dnia. Książka wymaga godzin, strona internetowa wymaga sekundy. Ale ironiczny czas sprawia, że to książka daje przestrzeń, daje sekundy, minuty, godziny i dni. Zmienia perspektywę, rozszerza ją i pozwala uczciwie ocenić każdy szczegół.